piątek, 27 września 2013
Wakacje w Bułgarii

Tegoroczne wakacje spędziliśmy w Bułgarii. Wróciliśmy do niej po 11 latach ciekawi jak się zmieniła :) 

Hotele są świetne, nowe, zadbane, oferujące całą masę rozrywek turystom, przy pięknych piaszczystych plażach, ale poza hotelami i kurortami doskonale widać, że to najbiedniejszy kraj Unii. Widać, że potrzeba jeszcze wiele środków, aby zmodernizować drogi, miasteczka, aby wyremontować i zadbać o zabytki. Jednak to co Bułgaria ma do zaoferowania, to piękne plaże, słońce (czasami w nadmiarze) i świetną bazę hotelową. Jest też co zobaczyć...

Nasz hotel w małej miejscowości Obzor pomiędzy Warną, a Słonecznym Brzegiem. 

Wybraliśmy się do Nessebaru - perełki bułgarskiej Riwiery, wpisanej na listę UNESCO. To piękne zabytkowe miasteczko położone na wyspie połączonej z lądem groblą. 

Wiele tu starych kościołów - dobrze zachowanych albo i mniej, z XIII-XIV w.: 

Są też przepiękne stare budynki - u dołu kamienne, wyżej drewniane...

Mnóstwo tu sklepików (wg mnie zdecydowanie za dużo - w tym całym bezliku stoisk kiepsko widać piękne domy), kawiarni, restauracji i barów. 

Co ciekawe, taniej wychodziło nam poruszać się taksówką niż korzystać z wycieczek oferowanych przez biura, czy niż gdybyśmy wynajęli samochód - zamawialiśmy sobie kierowcę, uzgadnialiśmy cenę i byliśmy wożeni, tam gdzie chcieliśmy ;) 

Kolejną wycieczkę odbyliśmy do rezerwatu Kamchia. Kamchia to najdłuższa rzeka Bułgarii. W miejscowości o tej samej nazwie wsiada się na małe stateczki, które zabierają turystów na krótką przejażdżkę. Rezerwat to ostoja ok. 200 gatunków ptaków, zamieszkują tu też żółwie, a brzegi porastają unikatowe pozalewane wodą lasy, przypominające dżungle - tak przynajmniej podają przewodniki ;) Jednymi przedstawicielami świata fauny, które zobaczyliśmy były: jedna kaczka (krzyżówka) i nadmuchiwany krokodyl. Las też nie przypominał nam dżungli, ale sama wycieczka była przyjemna.

Amelka wypatruje żółwi :)

CDN

piątek, 28 września 2012
Krótkie spotkanie z Andaluzją

Korzystając z tego, że wypoczywaliśmy z dziadkami, zostawiliśmy im Amelkę na jeden dzień i udaliśmy się do Sewilli

Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od przepięknego Placu Hiszpańskiego - wybudowanego w 1928 na Wystawę Iberoamerykańską. To wielki kompleks mieszający styl art deco z neogotykiem i stylem neomauretańskim. W kształcie wielkiego półkola, pośrodku którego stoi fontanna. Po kanałach leżących wokół placu można przepłynąć się łódką, a na fasadach budynków podziwiać dziesiątki przepięknych obrazów z azulejos. 

Następnie udaliśmy się do przepięknej katedry św. Marii, powstałej w XIV w. na miejscu meczetu. To największa gotycka świątynia na świecie. 

Poniżej widzimy grobowiec Kolumba - jednak nie jest do końca pewne, że jego szczątki tu spoczywają. 



Ta piękna wieża to La Giralda - powstała z minaretu i mierzy prawie 100m: 

Przespacerowaliśmy się wąziutkimi i malowniczymi uliczkami starego miasta...

Zwiedziliśmy też Alcazar - pałac królewski w stylu mauretańskim.

z przepięknymi wnętrzami i cudnymi ogrodami...

Ostatnim przystankiem naszej wyprawy była piękna Torre del Oro - Złota Wieża stojąca na brzegu Gwadalkiwiru:

Sewilla bardzo nam się podobała. To piękne miasto, które ma turystom wiele do zaoferowania. Jedynym minusem był makabryczny upał, który powodował, że do spaceru musieliśmy się zmuszać - najmilej było nam siedzieć w knajpkach i raczyć się zimnym piwem ;)

P.S. nigdy nie jadłam tak pysznego gazpacho, jak w Sewilli. Niebo w gębie! A w upalny dzień - nie było lepszego dania niż zimna zupa o obłędnym smaku i aromacie...

piątek, 14 września 2012
Cudowna Portugalia!

Lipcowy urlop spędziliśmy w Portugalii. W Algarve. W Carvoeiro. To nasza pierwsza styczność z ojczyzną porto i fado. Zostaliśmy oczarowani! Wybrzeża Algarve to najpiękniejsze wybrzeże jakie było nam dane oglądać, a troszkę ich już widzieliśmy ;) Klify, groty, maleńkie plaże odcinane przez przypływy, skały o dziwnych kształtach... Wybrzeże Algarve dzieli się na dwie części pod względem krajobrazu - na wschód od Albufeiry jest dość płasko, plaże są szerokie i długie, piaszczyste. Na zachód zaś zaczyna się wybrzeże klifowe, poszarpane, postrzępione, cudowne! 

Mieszkaliśmy w małej miejscowości Carvoiero, niedaleko Portimao. Nasz hotel znajdował się na urwisku, tuż nad oceanem, dzięki czemu codziennie mogliśmy napawać się cudownymi widokami :)

To widok z hotelowego ogrodu:

Przy naszej hotelowej plaży (to tylko mój skrót myślowy - plaże w Portugalii są publiczne, nie ma prywatnych, można wypoczywać wszędzie, gdzie tylko się chce) znajdowała się jaskinia - dostęp do niej mieliśmy tylko podczas odpływu. Amelka była zachwycona - snuła opowieści o smokach, które w niej na pewno mieszkają ;)

Hotelowy basen położony tuż nad brzegiem oceanu:

Woda w oceanie była zimna, nie przeszkadzało to jednak dzieciom (głównie im) zażywać kąpieli. Amelka ciągle kontrolowała czy jest przypływ, czy odpływ, aby zejść na plażę :)

Jedno popołudnie spędziliśmy na autobusowej wyprawie do pobliskiego Portimao. Niestety okazało się ono mało uroczym miastem, ale za to zjedliśmy tam przepyszny obiad - sardele z grilla. Portugalia będzie mi się odtąd kojarzyć z pięknymi widokami oraz najlepszymi na świecie rybami :)

Igreja Matriz de Nossa Senhora da Conceição:

Portimao było kiedyś potęgą w produkcji konserw rybnych. Niestety (stety?) z czasem fabryki upadały i teraz spotykamy tylko ich pozostałości. Na starych fabrycznych kominach, w środku miasta (nie tylko w Portimao, ale wszędzie) zamieszkują bociany - nietypowy obrazek dla Polaków przyzwyczajonych do bocianów na wsiach. Portugalskie boćki to mieszczuchy :)

W niewielkim miejskim parczku oglądaliśmy przepiękne ławki ozdobione azulejos - niebieskimi płytkami, z których słynie Portugalia. 

Wiele elewacji ozdobionych jest pięknymi płytkami:

 CDN

czwartek, 28 czerwca 2012
Wyspa Imeri Gramvousa i Laguna Balos

Wykupiliśmy wycieczkę na wyspę Imeri Gramvousa i do laguny Balos, skuszeni ładnymi zdjęciami w folderach ;) Tym razem okazało się, że foldery (o dziwo) nie kłamały - oba miejsca cudne!

Wypłynęliśmy z portu w Kissamos. Poniżej widoczki z niedługiego rejsu wzdłuż półwyspu Gramvousa:

 

 Niesamowita grota gdzieś po drodze:

Wyspa Imeri Gramvousa, nad którą na wysokości 135m wznosi się wenecka warownia. Garmvousa w XIXw. była bazą piratów morskich:

Malowniczy wrak statku u brzegu wyspy:

Tłum turystów rusza w górę, aby zwiedzić ruiny starej weneckiej twierdzy:

Renesansowy kościółek:

Obłędne widoki z twierdzy:

W oddali widać Balos:

Po zwiedzeniu twierdzy i krótkiej kąpieli na wyspie, przypłynęliśmy do laguny Balos. Bajeczny kolor wody, płycizna zachęcająca do spokojnego brodzenia i spacerowania, raj dla dzieci...

Piękne widoki i świetna zabawa w płytkiej wodzie:

Biura podróży reklamują wycieczki w te miejsca jako "jeden dzień w raju" i faktycznie - widoki są rajskie, nieprawdaż?  

czwartek, 07 czerwca 2012
Wakacje w Veneto

Tym razem postanowiliśmy udać się na południe Europy samochodem. Zarezerwowaliśmy apartament nad Adriatykiem, w pobliżu Wenecji i wyruszyliśmy w drogę. Pierwszym przystankiem było Gossweinstein w Szwajcarii Frankońskiej, ponieważ w tamtą stronę jechaliśmy przez Niemcy. 

Gossweinstein okazało się ładnym, niewielkim miasteczkiem, za to z wielką bazyliką i górującym nad nimi zamkiem. 

Tuż obok znajdowało się kolejne maleństwo Tuchersfeld, również z zamkiem i fantastycznymi formacjami skalnymi. Ładny region.

Następnego dnia wieczorem dotarliśmy do Caorle. Zakwaterowaliśmy się, miło zaskoczeni fajnym położeniem naszego apartamentowca - pomiędzy mariną, a kanałem, w niewielkim oddaleniu od starówki, za to w sporym oddaleniu od części kurortowej miasteczka. 

Caorle to autentyczna osada rybacka, z mnóstwem knajpek serwujących świeże ryby i owoce morza oraz dziesiątkami kutrów cumujących w centrum miasta :)

Malutka, ale słodka staróweczka:

Dzwonnica przy katedrze pochodzącej z XI wieku:

Bardzo charakterystycznym miejscem dla Caorle jest deptak przy falochronie, zakończony Sanktuarium Madonna dell'Angelo:



Kamienie na falochronie zostały zmienione w dzieła sztuki:





Chętnie wybieraliśmy to miejsce na nasze spacery, bo deptak był długaśny i pustawy (bo poza sezonem) i Amelka mogła na nim bez problemów śmigać na rowerze :)

A to część kurortowa: 

Pierwsza noc w Caorle nie należała do najprzyjemniejszych, ponieważ nad ranem obudziło nas trzęsienie ziemi. Faktycznie mocno odczuwalne... 

W związku z tym, że podróżowaliśmy z moją mamą, mieliśmy zapewnioną opiekę nad Amelką i mogliśmy z mężem spędzać miłe wieczory w opustoszałym miasteczku :)

Wieczór w Caorle:

Nasze spacery wyglądały codziennie podobnie - rundka po starówce, lody, sprizt albo i dwa oraz naleśniki w malutkim lokaliku prowadzonym przez dwóch artystycznie natchnionych kolesi ;)

CDN

wtorek, 17 kwietnia 2012
Bajeczna Santorini

Będąc na Krecie nie mogliśmy nie skorzystać i nie wybrać się na wycieczkę na Santorini. Wybraliśmy ofertę biura podróży, żeby nie zawracać sobie głowy organizacją. Wczesnym rankiem wypłynęliśmy w kierunku wyspy i po ok. 3,5 h byliśmy na miejscu.

 

Widok na kalderę (jedna z największych na świecie - ok. 10km średnicy):

Pierwszym przystankiem było przepiękne miasteczko Oia:

Następnie przejechaliśmy do Firy, gdzie przespacerowaliśmy się drogą wzdłuż klifu:

Kolejną atrakcją był rejs na Palea Kameni - to mała wyspa pośrodku kaldery. 

 

Mogliśmy tu wykąpać się w gorącej, siarkowej wodzie:

Zajrzeliśmy też na Nea Kameni - większa wyspa z kraterem wulkanu pośrodku:

Późnym wieczorem wróciliśmy na Kretę:

 

Wielkim minusem takich jednodniowych wycieczek na Santorini jest pośpiech, który ciągle nam towarzyszy. Wszystko ogląda się z zegarkiem w ręku, bo trzeba zdążyć na powrotny prom. Dobrym rozwiązaniem byłoby pozostanie na wyspie na noc i powrót następnego dnia, bo po tak krótkim pobycie ma się wielki niedosyt. Ale z drugiej strony jest to bardzo wygodna forma - wszystko jest zorganizowane, wszędzie nas dowiozą, odbiorą, pomogą, o nic nie trzeba się martwić. Coś za coś...

A ja - chociaż to już moje drugie spotkanie z tą wyspą - mam ciągle mało i obiecałam sobie, że kiedyś zostanę tam na dłużej :)

CDN

środa, 11 kwietnia 2012
Manrique i karnawał
Rzadko zdarza się, aby jedna osoba wywarła tak przeogromny wpływ na wizerunek całego regionu... Cesar Manrique był architektem, malarzem i rzeźbiarzem. Jego życiową misją było ocalenie wyspy przed niekontrolowaną rozbudową infrastruktury turystycznej i zachowanie jej wyjątkowości. Wysiłki artysty zmusiły władze Lanzarote do ustalenia i przestrzegania praw regulujących wygląd, wysokość, kolorystykę zabudowy. Dlatego na wyspie budynki są niskie, w większości białe i pięknie wkomponowywane w wulkaniczny krajobraz. Zachwyciło mnie - taka niesamowita jednolitość! Ponadto Manrique stworzył kilka niezwykłych projektów architektonicznych ściśle związanych z wulkanicznymi formami, które teraz stanowią główne atrakcje wyspy. 
Jardin de Cactus - zaprojektowany przez Manrique ogród, w którym rośnie ok. 10.000 kaktusów z 1.000 odmian.  

Ogród ma formę amfiteatru - kiedyś był to kamieniołom, a rośliny posadzono tarasowo. Nad wszystkim góruje typowy kanaryjski wiatrak.

Kolejnym miejscem przekształconym przez Manrique jest Jameos del Agua. To system połączonych ze sobą jaskiń uformowanych w lawie, będących teraz zespołem kilku obiektów rozrywkowych. Jest tu restauracja, muzeum wulkanologii, bar, sala koncertowa. 
Aby dojść do najbardziej malowniczego obiektu, mija się naturalne słone jeziorko, w którym żyje tysiące białych, maleńkich krabów -  to endemity, nie występujące nigdzie indziej. Te białe kropki w wodzie, to właśnie kraby: 
Minąwszy jeziorko dochodzimy do Jameo Grande - to niezwykle malowniczy basen, otoczony egzotycznymi roślinami. Wygląda nieziemsko pośród ciemnej lawy:
 
W kompleksie znajduje się też podziemne audytorim na 600 osób:

Tego samego dnia udało nam się zwiedzić Fundację Cesara Manrique w Tahiche. To dom artysty, który po jego śmierci przekształcono w muzeum. Pokoje zostały wkomponowane w naturalne jaskinie powstałe w polu lawy:


To miejsce niezwykłe, urzeczywistniające marzenia artysty o życiu w harmonii z naturą i pozwalające na zrozumienie jego wizji...
Wieczór spędziliśmy w stolicy wyspy Arrecife. Przespacerowaliśmy się po okolicy malowniczego Charco de San Gines - jeziorka połączonego z morzem, stanowiącego teraz małą marinę, położonego w starszej części miasta:
Iglesia de San Gines - kościół z XVII wieku:
Tam też obejrzeliśmy paradę karnawałową:




Impreza nazywała się "Pogrzeb Sardynki" i symbolizowała koniec karnawału:
Jednak nie udało nam się dotrwać do końca i nie zobaczyliśmy spalenia figury ryby.
Amelka pomimo tego, że była zachwycona karnawałem, w pewnym momencie zbuntowała się i odmówiła współpracy ;-) więc wracaliśmy powoli na parking, a potem do hotelu, mijając miejską plażę:
 
Zamek św. Józefa:

i pięknie oświetlone Charco de San Gines:
CDN
piątek, 09 marca 2012
Na Kanary tylko zimą!

Decyzję o zimowym urlopie podjęliśmy szybko. Po serii choróbsk, postanowiliśmy wygrzać się w słońcu, spędzając ostatnie dni zimy na Wyspach Kanaryjskich. Wybór padł na Lanzarote. Po zaznajomieniu się z tematem, uznaliśmy, że ta wyspa jest najbardziej niezwykła i najbardziej dla nas wszystkich ciekawa - nawet dla naszej córki (3,5 roku), która niedawno uległa fascynacji wulkanami ;)  

Zaraz po przylocie (lot trwał prawie 5 godzin, Amelka dała radę, choć ostatnią godzinę zajęła jej zabawa kupionym na pokładzie modelem samolotu, bo wszystko inne już ją nudziło) naszym oczom ukazały się takie widoki:

Pierwszego dnia pobytu było upalnie, więc dziecię spędziło całe popołudnie taplając się w basenie. Hotel leżał na peryferiach kurortu Playa Blanca
Te góry na horyzoncie to wyspa Fuerteventura. 
Następnego dnia pogoda była mniej łaskawa, a że mieliśmy już do dyspozycji samochód, więc udaliśmy się na zwiedzanie najbliższej okolicy. 
Naszym pierwszym przystankiem była warzelnia soli Salinas de Janubio - jest to najstarsza warzelnia na całym archipelagu, założona w 1895r. 
Następnie udaliśmy się do Los Hervideros - co po hiszpańsku znaczy "miejsce, w którym wrze woda". Morskie fale z wielką siłą rozbijają się o brzeg, wzbijając w górę gejzery piany. Niestety nie było nam dane tego zobaczyć, ponieważ morze było spokojne, ale wierzymy na słowo ;)
Kolejnym przystankiem było Charcos de los Clicos - zielone jeziorko powstałe w kraterze wulkanu. W rzeczywistości nie jest to jezioro, a laguna, która swój niezwykły kolor zawdzięcza zamieszkującym w niej algom. 
W otaczających lagunę skałach zauważyć można było zielone kamienie półszlachetne - oliwiny. Na całej wyspie sprzedawano wyroby z tego kamienia. 
W międzyczasie pogoda się zmieniła i zrobiło się ciepło (takie szybkie zmiany pogody towarzyszyły całemu naszemu pobytowi - chwilę chłodno, a zaraz gorąco), więc postanowiliśmy zjeść lody i zobaczyć Playa Blanca - miejscowość położoną najdalej na południe na wyspie, "nasz" kurort. Playa Blanca okazała się przyjemną mieścinką, z malutką plażą, portem, mariną oraz ładnym bulwarem nadmorskim, pełnym knajpek i sklepików z pamiątkami. Na szczęście nadal zachowała swój małomiasteczkowy charakter i nie stała się turystycznym molochem. 
Amelka wypatrzyła w centrum fajny plac zabaw, który odwiedzaliśmy jeszcze kilkakrotnie:
Na koniec podjechaliśmy do latarni morskiej, widocznej z naszego hotelu. Okazało się, że latarnie są dwie - stara i nowa:
Poranki i wieczory były chłodne. Należało zawsze mieć ze sobą jakąś bluzę, bo szybko zmieniała się pogoda. Jednak gdy świeciło słońce, było przyjemnie ciepło, na tyle, że kąpaliśmy się w basenach. Kąpieli w oceanie jednak nie próbowaliśmy, woda była za zimna.
CDN
wtorek, 14 lutego 2012
Kreteńskie wyprawy

Jeden dzień spędziliśmy na słynnej plaży Elafonissi. Malowniczą górską drogą dotarliśmy na miejsce...

i naszym oczom ukazał się wspaniały widok laguny:
Plaża ta uważana jest za jedną z najpiękniejszych w Europie i charakteryzuje się różowym piaskiem. 
Poza plażowaniem jest też gdzie spacerować - laguna łączy ląd z małą wyspą, na którą wyprawa jest całkiem przyjemna :) 
Na plaży można wynająć leżaki i spędzić miły dzień na moczeniu się w ciepłych wodach płycizny. Jedna uwaga: mocno wieje!
Niedaleko Elafonissi znajduje się klasztor Chrysoskalitissa, a jego nazwa oznacza złote schody - wg legendy ostatni stopień prowadzący do klasztoru jest zrobiony ze złota, ale zobaczyć go mogą ludzie tylko prawdziwie wierzący...
Jeden ranek był pochmurny i wietrzny. Opuszczeni przez przyjaciół, którzy wybrali się do wąwozu Samaria, udaliśmy się ponownie do Chanii. 
Chania jak zawsze zachwyciła nas swoim klimatem; to piękne miasteczko, po którym spacery nigdy się nie nudzą :)
Postanowiliśmy odwiedzić półwysep Rodopou. Miejsce dzikie, gdzie dociera niewielu turystów, ale szalenie malownicze.
Na zdjęciu klasztor Moni Gonias, do którego nie było dane nam zajrzeć - znowu nie sprawdziliśmy godzin otwarcia ;)
Drogą z obłędnymi widokami udaliśmy się na koniec kreteńskiego świata - osady Afrata ;)
Zjedliśmy tam pyszny (i tani) obiad, w małej rodzinnej restauracyjce, gdzie nasza córka bawiła się z synkiem właścicieli, a my kontemplowaliśmy przepiękny widok na góry i morze... ;) 
Jedno popołudnie spędziliśmy nad jeziorem Kournas, gdzie znajduje się wiele knajpek z widokiem na jezioro. Nie jest to co prawda miejsce oszałamiające urodą, ale myślę, że stanowi odmianę od morskiego wybrzeża ;)
I tak jak te przemiłe panie, w zieleni, słuchając cykad, można sobie posiedzieć nad szklaneczką frappe :)
CDN
piątek, 06 stycznia 2012
Berlin z dzieckiem cz. 2

Podczas naszych wędrówek po Berlinie nie mogliśmy zapomnieć o Zoo. Tym bardziej, że z hotelu mieliśmy do niego 3 minuty spacerkiem :)

 

 
Oprócz właściwego zoo, w ogrodzie mieści się również bardzo fajne akwarium:
Przespacerowaliśmy się również reprezentacyjną aleją Berlina Unter den Linden, zajrzeliśmy do katedry, przeszliśmy pod Bramą Brandenburską i zatrzymaliśmy przy pomniku ofiar holocaustu
Pomnik ten zrobił na mnie wielkie wrażenie - tysiące szarych brył o różnej wysokości, tysiące korytarzy, biegnących to w górę, to w dół, istny labirynt... A najbardziej wymowny był obraz bawiących się pomiędzy tymi blokami dzieci, które za nic sobie miały tragedię, z jaką to miejsce jest związane. Ot życie...
Zajrzeliśmy także do ogrodu przy pałacu Charlottenburg, ale wygnał nas stamtąd ulewny deszcz:

Więc szybciutko udaliśmy się do Muzeum Historii Naturalnej, gdzie zachwyciły nas gigantyczne szkielety dinozaurów. To tu można zobaczyć największy na świecie zrekonstruowany szkielet - brachiozaura:
oraz kilka innych dinozaurów:

Przy szkieletach umieszczone są interaktywne ekrany, które rekonstruują wygląd gadów - świetna zabawa dla dzieciaków!

Poza tym obejrzeć można kolekcję minerałów, meteorytów, gigantyczny zbiór wszelakich zwierząt - ssaków, owadów, ptaków, gadów itd. Warto spędzić tam kilka spokojnych godzin...
W Berlinie wszechobecne są karty zniżkowe do rozmaitych atrakcji, połączone np. z biletem do środków komunikacji miejskiej (my mieliśmy bilet trzydniowy, bo po mieście poruszaliśmy się tylko metrem i do niego dostaliśmy kupony zniżkowe). Warto dowiedzieć się o takich możliwościach, bo generalnie bilety wstępów są drogie, a kupony, jeśli się takowe posiada, znacznie te ceny obniżają. 
Berlin to najbliższa nam zagraniczna stolica, warta odwiedzenia i mająca dużo do zaoferowania zarówno dzieciom, jak i ich rodzicom. To na pewno nasza pierwsza wizyta z córką w tym mieście, ale nie ostatnia :) 
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21