piątek, 22 października 2010
Co chcesz na śniadanie Amelko?
Jajko. Chcę jajko. Jajko. Jedno jajko. Mama lobi jajko. Chcę jajko. O, mąka. O, mleko. O, jajko. O, cukiel. Nie, nie cukiel. Sól. Chcę jajko. Ja mieszam, ja mieszam! Mieszam, mieszam. Łyszką. Małą. Mieszam. Łyszką, małą, mieszam. Jeszcze mieszać chcę! Mama, jeszcze mieszać! Mieszam jajko, mąkę, mleko. Miesza mna! Ojej! Palec myju-myju. Myju-myju! Palec! Jeden! O, myju-myju. Palec jeden, palec dlugi. Cyste palce mam. Mieszać chcę. O, golący ganek. Tesz mam ganek, tesz mam! (biegnie po swój garnek, ja smażę omlet na patelni) Mam ganka, ganka mam. Acha, ganek, ganek mam! Jeść jajko chcę. Golące. Cukiel? Mniam, mniam... (parę minut ciszy) Pić chcę. Ploszę, pić, mama! Sok! Ploszę. Ółty kubek z sokiem (pije sok, patrzy przez okno) O, dym leci. Z domu. Dym leci z domu. Tam. Blisko dom. Dym leci. Daleko leci. O, pan. Lobi dom (panowie ocieplają dom sąsiada) Dlugi pan tesz. Blisko. Mam dom tesz! Mój dom! (biegnie do swojego domku-zabawki) Kszesło, jedno, dlugie, o nie! Nie ma kszesła wiecej! Nie ma! O nie! Nie ma? Dzie jest? Nie ma kszesła! (szuka brakującego krzesła, w końcu znajduje pod stołem) Jest! Jest kszesło! O, Pepa siedzi. Blat Pepy siedzi, ja siedzę, mama siedzi. Nie tu, mama, obok, tu siadaj! (siadam) O, łószko, Bebeka Kjólik śpi, ja nie chcę aaaa koki dwa (wstaje i idzie do pudła z zabawkami, wyciąga telefon). Do tatusia alo, alo! Tatuś! Tatuś w placy. Daleko. Do baby alo, alo. U baby i dziadzia aba i glaglak (żaba i wiatrak). I balony od baby i dziadzia. Mam balony (biegnie po balony) Jeden balon, dlugi balon. Dwa balony. Balon ółty i balon jak kledka...

I tak non stop. Całymi dniami. Z przerwą na sen... :)

20:18, patekku1 , Amelka
Link Komentarze (10) »
środa, 20 października 2010
Niewidzialny
Mari Jungstedt

Na malowniczej Gotlandii, w środku sezonu turystycznego zostaje zamordowana młoda dziewczyna. Podejrzenie pada na jej męża, ponieważ poprzedniego wieczora widziano, jak doszło między nimi do burzliwej kłótni. Inspektor Anders Knutas wdraża rustynowe dochodzenie. Parę dni później zostaje odnalezione ciało innej młodej kobiety zamordowanej w podobny sposób. Śledztwo zaczyna się komplikować, a inspektor musi pogodzić się z faktem, iż przyjdzie mu się zmierzyć z szalejącym na wyspie nieuchwytnym seryjnym mordercą... [opis wydawcy]

To pierwszy tom siedmioczęściowego cyklu kryminałów z inspektorem Knutasem w roli głównej. Zachęcona opisem i porównaniami do najlepszych skandynawskich twórców powieści kryminalnych, zabrałam się za lekturę. Niestety, jak to często bywa, porównanie te okazały się mocno przesadzone. Nie mogę powiedzieć, że to kompletna klapa - nie, to całkiem znośny kryminał. Może nieco zbyt schematyczny i mało zaskakujący, ale dobrze się go czyta i jeśli potraktuje się go jako rozrywkę i luźną, niezobowiązującą lekturę - to powinien się spodobać. Niestety, ja wzięłam sobie do serca wzmiankę o Mankellu i Larssonie i to wpłynęło na moje rozczarowanie lekturą.  
Wielkim plusem za to jest bardzo obrazowe i zachęcające przedstawienie Gotlandii. W trakcie lektury pognałam do kompa, żeby wyguglać sobie Gotlandię i przyjrzeć się jak wygląda wyspa, na której wakacje spędza większość Szwedów (wg autorki powieści). Nie zawiodłam się :)

Moja ocena: 4/6



poniedziałek, 11 października 2010
Halikarnas
to starożytna nazwa Bodrum. W tym właśnie mieście urodził się Herodot, tu też stanął jeden z 7 cudów świata starożytnego - gigantyczny Grobowiec Mauzolosa (stąd słowo "mauzoleum"). 

Mieszkaliśmy w Torbie, 10 km od Bodrum. Dojazd do centrum zajmował nam jakieś 20 minut podróży dolmuszem (pasażerskim busikiem). W mieście byliśmy kilka razy. Jest ono ładne, choć niewiele w nim - poza Zamkiem św. Piotra - do zobaczenia (z Mauzoleum nic prawie nie zostało, więc darowaliśmy sobie jego zwiedzanie). 
Po Bodrum można pospacerować, zrobić zakupy (w cenach znacznie wyższych niż gdzie indziej), wypić kawę, zjeść obiad. I tyle. Ale nie ma w nim prawdziwie tureckiego charakteru, to miasto nowoczesne, nastawione na masową turystykę, pozbawione klimatu, choć oparte na wiekach historii... 

Nad brzegiem morza ciągnie się promenada:


cumują luksusowe jachty:


Nad miastem góruje Zamek św. Piotra, zbudowany przez Joannitów (za materiał do budowy służyło Mauzoleum ;)). Po wypędzeniu rycerzy zajęli go Turkowie. Stąd w chrześcijańskiej twierdzy minarety :)
Obecnie zamek mieści słynne Muzeum Archeologii Podwodnej, największe tego rodzaju na świecie. Po naczytaniu się pochlebnych opinii, nastawieni byliśmy na coś znacznie efektowniejszego, a nas muzeum zawiodło. Zobaczyć w nim można przedmioty wyłowione z wraków starożytnych statków:


oraz te właśnie wraki, a raczej ich resztki ;)


Sama twierdza jest ogromna, a z jej murów rozpościera się wspaniały widok na miasto.




Zamek św. Piotra od strony morza:



A to widok z naszego balkonu:


Po wszystkich tych zmianach zapewnionych nam przez biuro podróży, trafiliśmy ostatecznie na bardzo fajny hotel - z trzema basenami, kilkoma restauracjami i barami, placem zabaw dla dzieci i wypożyczalnią sprzętu wodnego. Miał jednak wielką wadę - położony był na skarpie, tuż nad wodą i aby się po nim poruszać, trzeba było pokonywać dziesiątki schodów w górę i w dół. Było to dla nas męczące, ponieważ Amelka po paru przejściach schodami, odmawiała współpracy i musieliśmy ją nosić. Jedzenie w nim serwowane było całkiem smaczne, kilka dań przez tydzień pobytu było dla nas hitem, między innymi sałatka z kurczaka, na którą przepis podaję niżej (przepis mój - sałatkę zrobiłam z pamięci po powrocie do domu, smakuje prawie jak oryginalna. Nie podaję proporcji, bo zawsze gotuję "na oko").

SAŁATKA TURECKA WG PATEKKU

2 podwójne piersi z kurczaka ugotowane w bulionie
pomidory
czerwona papryka
biała, słodka cebula
ogórek kiszony (oni też mieli jakąś formę ogórków kiszonych, mniej smaczną niż nasza)
natka pietruszki (sporo)
oliwa
ocet winny
sól
pieprz

Piersi z kurczaka rwiemy widelcem na wiórki. Paprykę i cebulę kroimy w piórka, pomidory w kostkę, ogórka w cienkie plasterki. Do tego posiekana natka i przyprawy. Smacznego!

CDN
wtorek, 05 października 2010
Zabójca z miasta moreli
Reportaże z Turcji

Witold Szabłowski

Zabójca z miasta moreli to wielowątkowa opowieść o Turcji rozdartej między Wschodem a Zachodem, islamem a islamofobią, przesiąkniętej konserwatyzmem i nowoczesnością, tęsknotą za Europą i eurosceptycyzmem. W każdym z reportaży Szabłowskiego ważą się czyjeś losy, każdy bohater ma okazję przemówić pełnym głosem, opowiedzieć swoją historię, nierzadko zadziwiony własną odwagą, którą wyzwolił w nim polski reporter. Imigranci z Afryki, młode dziewczyny uciekające przed widmem zabójstw honorowych,  Ali Ağca - to zaledwie ułamek bajecznie kolorowego, choć niekoniecznie bajkowego korowodu, który prowadzi nas w głąb Turcji, do serca narodu, który - zainfekowany europejskością - gubi swój miarowy, tradycyjny rytm. [opis wydawcy]

Zbiór rewelacyjnych reportaży powstałych podczas licznych podróży autora do Turcji. Obejmują wiele tematów - społecznych, politycznych, czy historycznych. Autor pokazuje nam kraj podzielony na Turcję nowoczesną, europejską, wyzwoloną oraz Turcję konserwatywną, tradycyjną, islamską. Zgodnie z mottem książki:
Czuję się tak, jakbym ciągle stał na moście łączącym oba brzegi Bosforu, nie należąc ani do azjatyckiej, ani do europejskiej części, i obie je opisywał. (Orhan Pamuk)
na tym się głównie skupia - na kontrastach, na podziale społeczeństwa, na rozdarciu pomiędzy Wschodem a Zachodem...
Pisze poza tym o Ataturku i jego żonie, o aktualnym premierze Erdoganie, o Ali Agcy, o nielegalnych imigrantach, honorowych zabójstwach i tragedii tureckich prostytutek...

Reportaże przeczytałam będąc w Turcji. I przestało mnie dziwić np. to, że panowie rozmawiają tylko z moim mężem albo to, iż jakiś małolat zwrócił mi uwagę, że moje dziecko jest za lekko ubrane. Przeczytałam i rozumiem. Wielu z nas spędza wakacje w tym kraju, ale dopiero po lekturze tej książki okazuje się, jak mało o nim wiemy... Obowiązkowa lektura dla wszystkich wybierających się do Turcji!

A poza tym rewelacyjnie się to czyta! :)
Polecam. Koniecznie.

Moja ocena: 6/6


niedziela, 03 października 2010
Wróciłam
kilka dni temu, ale jak zawsze po urlopie codzienność mną zawładnęła. Moja babcia źle się czuje i bardzo się o nią martwię. Mam nadzieję, że lekarze postawią ją na nogi...

A urlop nam się udał - pomijając zgrzyty ze zmianami hotelu i przebojami z wynajęciem samochodu. Dzień przed wylotem zadzwoniła do nas Triada i po raz kolejny zmieniono nam hotel. Ale z tego co słyszeliśmy od innych wczasowiczów była to zmiana dla nas korzystna. A na wynajęty samochód czekaliśmy 3 dni, bo panowie z wypożyczalni mieli nieco nietypowe podejście do klienta ;) i nie zobaczyliśmy ostatecznie wszystkiego, co mieliśmy w planie. 

Za to pogoda była piękna - ciepło, ale nie upalnie, woda w morzu też cieplutka, palmy, oleandry i oliwki, baklawy, chałwy i kebaby, Tales, Heraklit, Hipokrates i Herodot, gin z tonikiem... ;)


piątek, 01 października 2010
Instytut
Jakub Żulczyk

Mam na imię Agnieszka. Moje mieszkanie ma na imię Instytut. Dwanaście godzin temu zostałam w nim uwięziona. Mój dom jest moim więzieniem. Nie mogę z niego wyjść. Nikt nie może do niego wejść.
Kamienica w centrum Krakowa. Siedem osób, które nie mogą się z niej wydostać. Krwawy napis: „To nasze mieszkanie”, jest jedyną wskazówką, jaką otrzymują. Wkrótce rusza lawina makabrycznych zdarzeń. Czy komukolwiek uda się uciec?
Przeraziły cię filmy „Cube” czy „The Ring”? Po lekturze „Instytutu” nie będziesz mógł zasnąć! [opis wydawcy]

Zaczyna się intrygująco - trzydziestoparoletnia barmanka Agnieszka wraz z kilkorgiem przyjaciół zostaje zamknięta w swoim mieszkaniu na piątym piętrze krakowskiej kamienicy. Ktoś zabiera im baterie od telefonów komórkowych, odcina internet, psuje windę, zamyka kratę oddzielającą ich od reszty kamienicy, a potem podrzuca pod drzwi kartkę z napisem - "to nasze mieszkanie".
Historię opowiada nam Agnieszka, która przedstawia wszystkich bohaterów oraz pokazuje swoje relacje z nastoletnią córką i jej ojcem. Dzięki świetnie poprowadzonej narracji wszystkie wątki przykuwają naszą uwagę, a przerażające wydarzenia, w ktorych udział biorą bohaterowie wywołują w nas niepokój i sprawiają, że czujemy delikatne łaskotanie strachu.
Powieść mnie wciągnęła, czytało mi się ją szybko i lekko, ale niestety zakończenie trochę zawiodło - jak to zwykle bywa w thrillerach ;) Szkoda również, że autor sięgnął po dość już "zużyty" motyw zamknięcia bohatera/bohaterów w jakimś odosobnieniu i zastraszaniu na przeróżne sposoby. Jednak lekkość z jaką napisany został ten thriller sugeruje, że autor w przyszłości jeszcze niejednym nas zaskoczy i przerazi :)

Pomimo powyższych uwag, uważam, że to świetna lektura dla tych, którzy lubią opowieści z dreszczykiem.
 
Moja ocena: 4+/6


09:38, patekku1
Link Komentarze (1) »
czwartek, 16 września 2010
Przepychanki z biurem podróży
Wykupiliśmy w zeszłym roku wczasy. Bo była promocja - zapłaciliśmy mniej o 40% od ceny katalogowej. Znane biuro, szeroka oferta. Wybraliśmy Turcję, Bodrum, hotel 5*, all inclusive, wylot z Gdańska. 
Najpierw zmieniono nam termin wylotu - na tydzień wcześniej. 
Potem zmieniono dzień wylotu z wtorku na środę.
Następnie miejsce wylotu - z Gdańska na Warszawę. Mogliśmy w tym momencie zrezygnować z tego wyjazdu i wykupić sobie inny, ale już w normalnej cenie, co nas nie urządzało. Więc lecimy z Warszawy. 
Następnie zmieniono nam hotel. Też w Bodrum, też 5*, też all inclusive. Niby ok, ale jednak to nie był ten, który sobie wybraliśmy. Mogliśmy zrezygnować - ale patrz jak wyżej...

Wczoraj odebraliśmy telefon - biuro podróży. Mam dla Państwa propozycję - zmiana hotelu, na ten pierwszy, który sobie wybraliśmy. Na tych samych warunkach. Na moje pytanie "dlaczego?", pani poinformowała mnie, że na ten aktualny mają reklamacje i proponują nam korzystną zmianę. Ok, zgadzamy się. 

Ale mam wrażenie, że wepchnęli nam początkowo ten gorszy hotel, bo płaciliśmy mniej. A potem okazało się, że nie sprzedali wszystkich miejsc w tym lepszym i upychają w nim ludzi, żeby nie stracić. Na parę dni przed wylotem. 

Mam niesmak. Wielki. Po raz pierwszy zdarzyły nam się takie cyrki z biurem podróży. Zawsze wybieramy duże, renomowane biura, żeby właśnie uniknąć takich wypadków, a tu duże i podobno renomowane i jaka skucha.

Mam tylko nadzieję, że na miejscu wszystko będzie ok. 
 
poniedziałek, 06 września 2010
Wezwanie
dostałam. Do sądu. Jako świadek. Dzwonię do Fabryki. Czy wiedzą co to. Przeszukali archiwum. Nie wiedzą. Ja prywatnie nic na sumieniu nie mam ani udziału w niczym sądowym nie brałam. Hm...? Muszę jechać. Do Gdańska. Na 11. Super godzina. Mąż wziął dzień wolny. Bo co z Młodą? Pojechaliśmy. Idę. Czekam. Pod drzwiami. Żadna gęba (Wydział Karny to można "gęba") nie jest mi znana. Zostaję wezwana. Co pani może nowego dodać? Nic WysokiSądzie bo nie wiem co to za sprawa. Odczytują mi moje zeznania. Czy pani potwierdza? Potwierdzam. Bo teraz sobie przypominam że coś takiego faktycznie się odbyło. 3 minuty na sali. Jest pani wolna. Dziękuję. Dobrze że ładna pogoda więc dzień na Starówce. Cieszę się że mam to z głowy.
Dziś. Dzwoni listonosz. Wezwanie. Sąd Rejonowy Wydział Karny. Na grudzień. Sprawa ta sama. Fak!

A teraz zagadka. Sprzed ilu lat jest ta sprawa? 

***********************************************

Sprzed ośmiu.

I ja mam coś pamiętać. Po 8 latach. Przy ponad setce umów rocznie. Paranoja jakaś. 
20:26, patekku1
Link Komentarze (11) »
czwartek, 02 września 2010
Klub Matek Swatek
Ewa Stec

Martwisz się, że Twoja córka jeszcze nie ma męża, że Twój syn wciąż jest kawalerem? Zgłoś się do Klubu Matek Swatek - już wkrótce Twoje dziecko "przypadkowo" pozna kilka osób, w których może się zakochać. A z jedną z nich ułoży sobie życie! Beata - matka Anki, ponadtrzydziestoletniej panny - postanawia działać. Korzysta z pomocy Klubu Matek Swatek. Nie wie, że jej córka już w dniu przeprowadzki do nowego mieszkania poznaje dwóch przystojnych mężczyzn. Jeden jest Anką wyraźnie zainteresowany, drugi... jeszcze bardziej. Tylko czy ich intencje są szczere? I czy intrygi Klubu Matek Swatek nie zniszczą rodzących się uczuć? [opis wydawnictwa]

Niechętnie i nieczęsto sięgam po tego rodzaju lektury, ale muszę przyznać, że dobrze mi się ją czytało. Szybko, lekko i przyjemnie :) To typowa powieść na wakacje (minus dla wydawnictwa za termin wydania - czerwiec czy lipiec byłby bardziej trafiony ;)). Trochę romantyczna, trochę zabawna, z zacięciem kryminalnym. Fabuła nie jest wydumana - matka trzydziestoletniej singielki próbuje ją wyswatać - bez jej wiedzy i zgody, co prowadzi do wielu zabawnych perypetii. Odrobinę drażnił mnie jakby na siłę pakowany wszędzie żart i postacie trochę za bardzo przerysowane i schematyczne, ale to chyba standard w takich powieściach :)
Czytając miałam wrażenie, że autorka skłania się ku twórczości Chmielewskiej - grupa wyluzowanych pań w średnim wieku, próbująca bawić się w detektywów - i swatki, oczywiście; lekki podszyty ironią humor i akcja osadzona w polskich, nieco surrealistycznych realiach. 

Polecam wszystkim chcącym odpocząć i pogrążyć w całkiem zabawnej, pełnej szalonej akcji powieści. 

Moja ocena: 4+/6


środa, 25 sierpnia 2010
Dwie perełki Costa Brava
Tossa de Mar - cudne miasteczko, podzielone na część nową, turystyczną i stareńką, magiczną, zabytkową. Oczywiście urzekła nas Vila Vella, średniowieczna starówka otoczona murami obronnymi. Marc Chagall nazwał ją "błękitnym rajem" i faktycznie jest zachwycająca. 



Widok z twierdzy górującej nad miastem:



Wąskie uliczki nowszej, ale nie NAJnowszej części miasteczka:



Jedna z kilku sekretnych plaż Tossy, na które można się natknąć podczas spaceru:





Perełka druga - stolica Costa Brava - Girona (Gerona). Duże miasto, skrywające przepiękne zabytki i urocze zakątki. 

Gironę przecina rzeka Onyar i dzieli ją na dzielnicę handlową, mieszkalną i zabytkową. My skupiliśmy się na tej drugiej. 

Malownicze kolorowe kamienice nad rzeką Onyar:







Przyjemne podcienia na Rambli:



Skarb ukryty wśród wąskich uliczek... Nic nie zapowiada widoku, jaki się ukazuje po wejściu na niewielki placyk - monumentalnych schodów i pięknej fasady katedry:



Katedra Santa Maria w Gironie posiada najszerszą nawę wśród gotyckich kościołów Europy - 23m i olśniewa bogatym wnętrzem (niestety nie można go fotografować). Poniżej malownicze krużganki:



Stare Miasto to również wąziutkie uliczki i zaułki:



Na Gironę trzeba poświęcić więcej czasu, niż my mieliśmy - jest wiele do zobaczenia, wiele do zachwycenia i wiele do zapamiętania. Może innym razem? ;)